Egipt Marsa Alam, Savage i Sharm el Sheikh

Hilton w Marsa Alam 2023, Sylwester 2024 w Imperial Safaga i 2025 Jaz Mirabel

Dzień 5: Plażowy poranek i szalona misja „pieszo do Safagi”, czyli jak złapaliśmy lokalny busik Piąty dzień naszych wakacji udowodnił nam, że najlepsze wspomnienia z podróży rodzą się wtedy, kiedy planujesz jedno, a rzeczywistość funduje Ci małą, spontaniczną przygodę. Zaczęło się całkowicie spokojnie, a skończyło na pełnym emocji poznawaniu prawdziwego Egiptu. Leniwy poranek w zatoce Soma Bay Do południa trzymaliśmy się naszego sprawdzonego, wakacyjnego planu. Po śniadaniu zameldowaliśmy się na hotelowej plaży, żeby złapać trochę słońca i popływać w krystalicznej wodzie. Pogoda w Safadze jak zwykle nie zawiodła – wiatr przyjemnie chłodził, a na wodzie tradycyjnie pojawili się pierwsi kitesurferzy. Po kilku godzinach ładowania baterii uznaliśmy jednak, że czas na odmianę. Postanowiliśmy opuścić bezpieczną strefę All Inclusive i zobaczyć, jak wygląda życie poza murami Imperial Shams Abu Soma. Ambitny plan i zderzenie z egipską rzeczywistością Naszym celem było centrum Safagi. Spoglądając na mapę, uznaliśmy: „Co to dla nas, przejdziemy się spacerem!”. Spakowaliśmy najpotrzebniejsze rzeczy i ruszyliśmy przed siebie. Szybko jednak okazało się, że egipska droga rządzi się swoimi prawami, a odległość na mapie w pustynnym słońcu odczuwa się zupełnie inaczej. Po przejściu sporego kawałka wzdłuż szosy, wokół której rozciągał się surowy krajobraz i budowy innych resortów, dotarło do nas, że do centrum jest znacznie dalej niż myśleliśmy, a piesza wędrówka w tym klimacie to niezbyt mądry pomysł. Negocjacje w lokalnym busiku Gdy już zastanawialiśmy się nad odwrotem, z odsieczą nadjechał charakterystyczny, biały, lokalny mikrobus. Machnęliśmy ręką, a kierowca natychmiast wyhamował. W środku siedziało już kilku Egipcjan, którzy z zaciekawieniem i uśmiechem spojrzeli na dwójkę turystów wsiadających w szczerym polu. Kierowca nie mówił zbyt dobrze po angielsku, ale od czego jest uniwersalny język gestów! Po krótkich, bardzo dynamicznych i wesołych negocjacjach ustaliliśmy cenę – za zaledwie kilka dolarów zgodził się podwieźć nas prosto do samego serca Safagi. Ta krótka przejażdżka była przeżyciem samym w sobie. Głośna, arabska muzyka z głośników, otwarte okna i pędzący busik pozwoliły nam przez chwilę poczuć prawdziwy, lokalny klimat, zupełnie inny od klimatyzowanych autokarów biur podróży. Prawdziwa Safaga: Zwiedzanie i lokalne zakupy Wysiedliśmy w centrum i od razu uderzyła w nas autentyczna atmosfera egipskiego miasteczka. Safaga to nie jest Hurghada – nie ma tu wielkich, nowoczesnych deptaków i tysięcy naganiaczy. To portowe miasto, które żyje swoim własnym rytmem. Spacerowaliśmy wąskimi uliczkami, przyglądając się codziennemu życiu mieszkańców, warsztatom i małym kawiarniom, w których lokalni mężczyźni palili sziszę i grali w domino. Oczywiście nie obeszło się bez zakupów! Odwiedziliśmy lokalne sklepiki z przyprawami, gdzie zapach kminu, kardamonu i świeżej hibiskusowej herbaty (Karkadeh) unosił się w powietrzu. Po obowiązkowym targowaniu się, zaopatrzyliśmy się w aromatyczne pamiątki i trochę lokalnych owoców. Do hotelu wróciliśmy już po zmroku, zmęczeni, ale niesamowicie zadowoleni. Warto było przełamać barierę, wyjść poza resort i przeżyć coś autentycznego. Ten dzień na długo zapadnie nam w pamięć!